Człowiek europejski

La vie est belle. Życie jest piękne i piękne jest w swej nieskończonej złożoności. Złożoność ta zawiera się nie tylko w biologicznej życia różnorodności, ale również w specyficznej dla konkretnego organizmu naturze. Prawidłowym zatem będzie wniosek, iż ludzka natura również jest skomplikowaną. Proces tejże komplikacji zaszedł w dodatku tak głęboko, że nie sposób zawrzeć pełni jego piękna w zbiurokratyzowanej wizji świata dzisiejszych władców.

Nie ma bowiem możliwości aby każdy aspekt życia ludzkiego opisać przepisem prawnym, aby w każdym życia momencie naznaczyć obostrzenia i regulować wszelkie zachodzące w nim zależności. Próba utworzenia takiej utopii w najlepszym wypadku prowadzi do czegoś, co Alexis de Tocqueville nazywał „łagodnym despotyzmem”, w najgorszym zaś do państwa totalitarnego. Jak bowiem inaczej nazwać świat, w którym władza zakrada się do najdrobniejszych, najbardziej prywatnych rejonów życia po to, aby ustanowić tam swoje prawo? Jak inaczej nazwać taką władzę, kiedy jawnie zaprzecza ona prywatnej mądrości ludzi, kiedy zabrania im ona stanowić o sobie i kiedy pozbawia ich wolnej woli? Państwo takie i władzę, która mu przewodzi nazwać można przede wszystkim totalną.

Totalitaryzm, należy pamiętać, nie zawsze oznacza mordowanie tej czy innej grupy ludzi. Owszem, była to w ustrojach totalnych praktyka dość powszechna, lecz jak zauważył Machiavelli „okrucieństwo i terror należy stosować, ale rozsądnie i tylko w miarę potrzeby”. Totalitaryzm władzy objawia się przede wszystkim tym, iż władza taka nie toleruje żadnej innej obok siebie. Jednak normalny człowiek pod takim reżymem żyć nie potrafi, bądź potrafi, ale z dużym trudem, a co za tym postępuje, nie współpracuje z taką władzą w stopniu odpowiednim. Stąd też wynika druga cecha, zwłaszcza współczesnych ustrojów totalnych – naturalna wręcz potrzeba ograniczenia ludzkiej natury, swego rodzaju ordynarnej intelektualnej eugeniki ukierunkowanej na stworzenie nowego, lepszego pod względem dopasowania do ustroju, człowieka. Tak samo jak reżym sowiecki podejmował próby stworzenia człowieka sowieckiego, tak i współczesny reżym europejski dokłada starań do utworzenia człowieka europejskiego.

Człowiek europejski tym zaś różni się od człowieka normalnego, iż wyzwolony został od, moralnej przede wszystkim, odpowiedzialności. Nie gorszy go bowiem taka czy inna praktyka promowana w telewizji. Nie dostrzega on oczywistych zagrożeń płynących z edukacyjnego monopolu skupionego w rękach władzy. Nie widzi on, że w tym właśnie momencie władza totalna pozbawiła go innej, przyrodzonej jemu tylko władzy rodzicielskiej. Nie sprawia mu problemu i nie budzi wątpliwości fakt, że aby wyciąć własne drzewo, we własnym ogrodzie potrzebuje na to zgody urzędnika. Władza totalna pozbawiła go tym razem władzy nad rzeczą. Pozbawiła go własności. Człowiek europejski cieszy się, docenia i w specyficzny dla siebie sposób usprawiedliwia fakt, iż władza pozbawia go wszystkiego, co decyduje o jego rozwoju, dając w zamian surogat, lichy erzac mający mu to wynagrodzić. Przypomina on, znów w najlepszym wypadku, szekspirowskiego Gonzalo, w najgorszym serwilistyczną bestię Kalibana. Człowiek europejski, ogłupiony medialną sieczką uczy się, że wolność oznacza zwolnienie od konsekwencji. Zwolnieniem od konsekwencji biedy są dla niego zasiłki. Od troski o własne zdrowie i życie zwolnić go ma troska państwowa, ukryta pod różnymi przymusowymi składkami. Od odpowiedzialności za wykształcenie własnych dzieci zwalnia go minister, który choć nigdy tych dzieci nie widział, zdecydowanie lepiej wie, co je interesuje i czego powinny się uczyć. Ostatnio dowiedział się nawet, co powinny jeść. Człowiek europejski wie, że powinien być rozbrojony, bo jest zbyt głupi by chronić siebie i swoją rodzinę. W miejsce tej konkretnej formy odpowiedzialności godzi się wprowadzić przeróżne służby, których kompetencje wzrastają z każdą nową reformą.

Nikogo nie powinno dziwić, że człowiek ten potrzebuje specjalnego, sztucznego środowiska. W naturalnym świecie nie ma dla niego miejsca. Monstrum nowoczesnego socjalizmu jest jego jedyną nadzieją i ostoją, w której odnajduje upragniony spokój. Spokój i jakże przedziwną wolność, której definicja do niedawna uznawana była za esencjonalne wręcz wolności zaprzeczenie.

 

                                                        Mateusz Lisowski

Zdjęcie pochodzi z unsplash.com

Demokracja

Dziecko politycznej głupoty. Każ­dego dnia, z nie­mal każ­dego tele­wi­zyj­nego ekranu spły­wają do naszych domów rado­sne peany na cześć naj­wspa­nial­szego z ustro­jów, w któ­rym to dodat­kowo przy­szło nam żyć. Czę­sto sły­szymy rów­nież, że ustrój ten, jako idea jest dosko­nały, pod­czas gdy jego roz­liczne wady wyni­kają z nie­do­sko­na­ło­ści nas samych. Nie­stety pol­ska demo­kra­cja, zwłasz­cza w dzi­siej­szym pookrą­gło­sto­ło­wym wyda­niu jest niczym innym niż zwy­czaj­nym rzą­dem głu­poty pro­wa­dzo­nej przez kilku, cokol­wiek spryt­nych, lide­rów.

 

W ostat­nich dniach jeste­śmy świad­kami wybor­czej bitwy. Bitwy pozba­wio­nej wszel­kich nie­mal zasad, w któ­rej każdy cios, nawet ten wymie­rzony daleko poni­żej pasa jest dopusz­czalny. O kan­de­la­brową funk­cję toczą pozorny bój podobno naj­wy­bit­niejsi z nas. Dodat­kowo, z jakie­goś tajem­ni­czego powodu, jeste­śmy świę­cie prze­ko­nani, iż to wła­śnie my – lud, mamy w tej walce decy­du­jące zna­cze­nie. Prawda jest nie­stety inna.

Demo­kra­cja, z samej swo­jej natury, jest naj­po­dlej­szą z moż­li­wych form rzą­dów. Opiera się ona na pustych obiet­ni­cach, przed­wy­bor­czych mani­pu­la­cjach oraz powy­bor­czych ukła­dach. Lud, który teo­re­tycz­nie spra­wuje rządy, oddaje swoje głosy zgod­nie z wolą pew­nej grupy trzy­ma­ją­cej wła­dzę lub ewen­tu­al­nie na wybory nie idzie. Pra­wie każdy kan­dy­dat stara się ude­rzyć w naj­czul­szą strunę swo­jego elek­to­ratu, obie­cu­jąc mu tylko to, czego elek­to­rat ten chce i tylko po to, aby zostać wybra­nym. Tego tra­gicz­nego obrazu dopeł­nia fakt, iż ogromna więk­szość ludzi nie posiada naj­mniej­szych nawet kom­pe­ten­cji do podej­mo­wa­nia decy­zji poli­tycz­nych. Lud, jako taki, zawsze chęt­nie przyj­mie zasi­łek bądź też inną zapo­mogę, a każdy demo­kra­tycz­nie wybrany rząd z nie­opi­saną rado­ścią spełni tę chęć. Należy tu przy­po­mnieć, iż żaden rząd nie ope­ruje wła­snymi pie­niędzmi, a jedy­nie tymi, które od tegoż ludu wyci­śnie w prze­róż­nych podat­kach. Toteż demo­kra­cja musi pro­wa­dzić do powsta­wa­nia sys­te­mów socjal­nych, a te z kolei cechują się nara­sta­jącą liczbą ludzi bez­ro­bot­nych i ubo­gich. Socja­lizm dzieli tylko biedę, ale za to po równo.

Dzi­siej­sze, pod­le­głe Unii Euro­pej­skiej, pań­stwo pol­skie jest już nie­stety pań­stwem socjal­nym. Jest to w dodatku pań­stwo, które znaj­duje się w schył­ko­wej fazie demo­kra­cji. Posz­cze­gólne posta­cie doko­nują tak­tycz­nych podmian stoł­ków, jed­nak w prak­tyce scena poli­tyczna pozo­staje nie­zmienna. Głosy oddane do urn są praw­do­po­dob­nie dro­gim wodo­try­skiem, gdyż nie jest waż­nym, jak kto gło­suje, lecz to, kto liczy głosy. Publi­ko­wane w mediach przed­wy­bor­cze son­daże, to w końcu nic innego jak ewi­dentny przy­kład funk­cjo­no­wa­nia inży­nie­rii spo­łecz­nej. Bom­bar­do­wani tabel­kami i punk­tami pro­cen­to­wymi w więk­szo­ści ślepo odda­jemy swój głos na tego, kogo wskaże nam wła­dza. Odpo­wied­nio spre­pa­ro­wani przez tele­wi­zyj­nych dzien­ni­ka­rzy zapo­mi­namy, iż ist­nie­nie cho­ciażby progu wybor­czego jest nie­zgodne z kon­sty­tu­cyjną zasadą o pro­por­cjo­nal­no­ści wybo­rów. Zapo­mi­namy, że wszel­kie środki wypła­cane nam przez pań­stwo są mniej­sze niż te uprzed­nio nam zabrane.

Dzi­siaj, kiedy kam­pa­nia wybor­cza trwa w naj­lep­sze, zapewne znów o tym zapo­mnimy i będziemy prze­ko­nani, że to wła­śnie my wybra­li­śmy dawno już wybra­nego Bro­ni­sława Komo­row­skiego na zaszczytną funk­cję pre­zy­denta naszego skrom­nego euro-woje­wódz­twa. W końcu „ruszymy z posad bryłę świata, dziś niczym, jutro wszyst­kim my!”

autor tekstu
©Mate­usz Lisow­ski

 

Zdjęcie pochodzi z unsplash